Człowiek sięgający dna. Nie potrafiący sklecić zdania pisarz z kontraktem na książkę. Mieszka w obskurnym mieszkaniu, wśród brudnych talerzy i resztek jedzenia. Utrata ukochanej nie polepsza sytuacji. Przypadkowe spotkanie staje się trampoliną do nowego, fascynującego życia. Jedna, przezroczysta tabletka sprawia, że Eddie Morra może wszystko. Potrafi wykorzystać potencjał swojego mózgu w stu procentach, podczas gdy inni robią to tylko w dwudziestu. Nagle staje się ekspertem w każdej dziedzinie, pomnaża kapitał w zawrotnym tempie, zabiegają o niego pracodawcy, zdobywa nowych przyjaciół i nowe kobiety. Tylko czy jest to zabawa bez konsekwencji?
Wszystko idzie dobrze dopóki nie zaczynają się zaniki pamięci, zawroty głowy i wymioty. Stany te zostały ukazane poprzez ruch kamery, która np. mknie przez miasto, „przechodzi” przez szyby taksówek i powoduje u samego widza chęć na zwrócenie przed chwilą zjedzonego popcornu. Kiedy bohater dowiaduje się, że większość ludzi zażywających lek albo nie żyje, albo jest bliska śmierci, jest przerażony. Jednak nowe życie jest zbyt kuszące by przestać. Wkrótce Eddie zaczyna panować nad wytwarzaniem i działaniem leku, co zwiększa jego wydajność i pomaga w karierze. Igraszki z ogniem, zakończone sukcesem.Pierwszy raz zdarzyło mi się w kinie coś takiego. Czekanie na najgorsze zakończenie. Taki ludzki odruch, przecież nie może być aż tak pięknie, tak bez konsekwencji! Żadnego wyciągania wniosków, pouczającego prztyczka w nos, głębszego przesłania. A może jest? Bierzcie narkotyki, bo są fajne!
Jeśli szukasz tematu do głębszej refleksji nad życiem: nie polecam. Jeśli natomiast chcesz spędzić całkiem interesujące, choć czasem wymiotogenne chwile w kinie, to koniecznie wybierz się na „Jestem Bogiem” Neila Burgera.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz