czwartek, 9 czerwca 2011

Będziesz o mnie śniła

Wong Kar Wai przygotował niezwykłą ucztę. Ucztę z różnorodnym menu, bogatą paletą przypraw, boleśnie pogrywającymi z poczuciem smaku widza. Opowiada o samotności, trudności w porozumieniu się między ludźmi, autodestrukcji. W filmie "Dni naszego szaleństwa" zobaczysz też miłość. Ale nie martw się - słodko nie będzie.
Yuddy wciąż przypomina opowieść o ptaku, który jest wiecznie w locie. Ląduje tylko kiedy umiera. Sam porównuje się do tego ptaka, usprawiedliwiając swoje zachowanie. Yuddy to przystojny, młody chłopak. Poznajemy go, gdy uwodzi sklepikarkę, 16 kwietnia 1960 roku. Patrzą na zegarek przez minutę, a on mówi, że dzięki niej zapamięta tę minutę do końca życia. Nie zapamiętał. Ona natomiast bardzo dobrze. Następna dziewczyna z którą jest, zakochuje się w nim na zabój, jednak on twierdzi, że nie wie, ile kobiet mógłby jeszcze pokochać w życiu, więc nie może się z nią związać. Zgrywa pewnego siebie, co tylko obrazuje jego brak poczucia własnej wartości. Odczuwa brak, ponieważ nie zna swojej biologicznej matki. Został adoptowany przez byłą prostytutkę, która boi się wyjawić mu prawdę ze strachu przed opuszczeniem.
Jedyną rzeczą, którą Yuddy potrafi, jest branie i nie dawanie niczego w zamian. Rani kobiety, które zakochują się w nim bez pamięci. Być może dlatego, że sam nigdy nie został obdarzony miłością. Taką miłością, której zaznaje człowiek na początku życia: bezwarunkową. A może jest po prostu dupkiem i nie powinniśmy go usprawiedliwiać?

środa, 18 maja 2011

Ile jesteś w stanie poświęcić dla zapachu miłości?


Zamknij oczy... Czujesz? Ten zapach tak piękny, że nie potrafisz go opisać słowami. To jak poczucie ekstazy. Jest Ci tak dobrze, że masz wrażenie jakbyś właśnie wrócił z raju. Jednak ta niesamowita woń jest coraz dalej i dalej... Nagle znika. Otwierasz oczy. Czujesz jakbyś przebudził się ze wspaniałego snu. Stan w którym czułeś się jak w niebie po prostu prysnął. Chcesz tam wrócić, ale nie wiesz jak. Jak schwytać zapach? Jak złapać coś co jest nieuchwytne?

Pachnidło: historia mordercy to opowieść o obsesji na punkcie idealnego zapachu. Jan Baptysta Grenouille od dziecka jest wyjątkowy. Tragedią bohatera jest jego samotność, nie wie co znaczy kochać. W życiu miał do czynienia z wieloma zapachami, jednak ten jeden dał mu poczucie miłości- zapach kobiety. Nieustanne poszukiwania nowej „woni”prowadzą do tragedii.

Już od samego początku reżyser filmu- Tom Tykwer dokłada wszelkich starań, abyśmy razem z Janem przenieśli się do magicznego świata zapachów poprzez zbliżenia i ujęcia detali. W pierwszej scenie, gdzie bohater znajduje się w celi, jest ciemno, nie widać nic oprócz nosa- najważniejszego elementu utworu. Ważną rolę odgrywa narrator, który wprowadza nas w świat chłopaka.

W kolejnej scenie twórca Pachnidła stosuje montaż atrakcji. Wnętrzności ryb, tasaki, noże, zabijanie zwierząt ukazywane są przemiennie na zasadzie kontrastu ze zdjęciami noworodka- śmierć kontra życie.

Jako chłopiec Jan budził lęk w swoich rówieśnikach. Muzyka w tle rozgrywających się scen sprawia, że widz także może poczuć strach. To właśnie ona przez cały czas tworzy napięcie. Podtrzymuje wrażenie tajemniczości. Taki właśnie jest nasz bohater- tajemniczy. Pytamy, co tak naprawdę dzieje się w jego głowie? Czy to psychopata? Ciemne barwy, odcienie szarości odzwierciedlają uczucia Jana, oznaczają biedniejszą część społeczeństwa. W filmie rzuca się w oczy jedna kolorowa scena w perfumerii. Ludzie tam są szczęśliwi i bogaci. Pod koniec filmu zastosowano żywe kolory, wtedy kiedy chłopak ponownie jest naprawdę szczęśliwy.

Od momentu wyjścia z karocy mamy wrażenie, że bohater i nas zaczarował tak jak wszystkich na placu. Niespodziewany zwrot akcji powoduje, że zaczynamy mu współczuć. Sam nigdy nie doznał miłości, a przecież każdy chce kochać i być kochanym. Właśnie na tym polega magia tego dzieła. Zostajemy zmanipulowani, nasze myślenie od początku filmu zupełnie się zmienia. Jan Babtysta Grenouille sprawił, że zmieniliśmy zdanie. Zrobiliśmy to dla niego, zrobiliśmy to z miłości...

sobota, 14 maja 2011

Poczuć cokolwiek

Tak, jest tu dużo seksu i przemocy. Nie, to nie jest dla dzieci. Trudno powiedzieć, do kogo adresowany jest ten serial, ale z pewnością oglądanie go jest rozrywką. Niektórzy stwierdzą, że jest zbyt bezpośredni, perwersyjny, a wręcz wulgarny. Inni powiedzą, że przecież to wszystko już było, już to widzieliśmy, i po co kolejny raz patrzeć jak ćpają, pieprzą, biją się i żałują? Ale jest coś jeszcze. Coś, co niekoniecznie każdy zauważy, bo można pooglądać sobie odcinek, pośmiać się, popłakać i pójść spać. Można jednak dostrzec osobę. Dostajemy człowieka, pełen pakiet, z jego błędami, nałogami, tęsknotami, seksualnością. Możemy ocenić go pochopnie, powiedzieć, że jest zboczony, zaniedbuje ludzi, których kocha, wiecznie przegrywa. Ale czy każdy z nas nie jest właśnie takim pakietem?
Przy dźwiękach "You can't always get what you want" Rolling Stones'ów, Hank Moody podjeżdża pod kościół swoim czarnym Porshe. Wrzuca niedopałek do święconej wody. Mówi do wiszącego na krzyżu Jezusa: "Cześć. Nigdy tego z tobą nie robiłem, ale jak człowieka przypili...". Nagle pojawia się śliczna siostra zakonna, na co Hank wyjaśnia, że właśnie rozmawia z jej...mężem. Zwierza się, że przechodzi kryzys jako pisarz i dawno już nic nie stworzył. Siostra na to, że zazwyczaj zaleca "Ojcze nasz" lub parę "zdrowasiek", ale w tym wypadku..."Może loda?". Chwilę później Hank budzi się obok nagiej blondynki. 
To opis pierwszej sceny pilotowego odcinka serialu "Californication". Zapowiada przygody Hanka, pisarza, który przeprowadza się do Los Angeles, gdzie kręcony jest film na podstawie jego powieści. Sukces staje się jednak bramą do piekła dla niego i jego bliskich. Obserwujemy człowieka, który zaniedbuje rodzinę, rzucając się w wir hollywoodzkiego blichtru. Po drodze gubi najważniejsze wartości, ale przede wszystkim: gubi siebie. Karen, kobieta którą kocha i matka jego dziecka, nie poznaje już swojego mężczyzny i opuszcza go. W trakcie czterech sezonów wielokrotnie próbują odbudować na nowo swoją rodzinę, ale czasem miłość nie wystarcza. Za każdym razem Hank zrobi coś by ją zniszczyć, a kiedy już wydaje się, że złapał szczęście za rogi, powracają błędy z przeszłości. Widzimy też jego porażki jako rodzica, kiedy usiłuje opiekować się zbuntowaną, diaboliczną córką Beccą. Stara się, ale sam jest tak naprawdę zagubionym dzieckiem, błądzącym w ciemnościach. 
"Californication" jest o tym, jak łatwo się zgubić.  Łatwo stracić z oczu to, co ważne, wartościowe i ludzi którym na nas zależy. Łatwo upaść na dno. Można odbić się na chwilę, ale wrócić na powierzchnię bywa niemożliwe. W tym serialu seks, narkotyki czy gorszące Hollywood są tylko pretekstem do opowiedzenia fascynującej historii. Jest w tej historii prawda o człowieku, o każdym z nas. O pustce, którą mamy w sobie, mimo tak wielu uciech jakimi karmi nas dzisiejszy świat. Pragniemy wypełnić ją i poczuć coś, cokolwiek. Często zapominamy wtedy o sobie, płacąc  za to wysoką cenę.

niedziela, 8 maja 2011

Nigdy nie mów nigdy


Każdy z nas wierzy, że spotka miłość swojego życia. Być może to sąsiadka z klatki obok lub towarzysz zabaw z podwórka. „Nigdy nie mów nigdy” doskonale pasuje jako motto do filmu Keinohrhasen.

Kilkuletni „przywódca bandy” i jego koleżanka w za dużych okularach i aparatem na zębach po wielu latach są na siebie skazani. Ludo musi odrobić 300 godzin prac społecznych w przedszkolu w którym pracuje Anna. Jest to początek wielkiej miłości. Zabawne dialogi, cięte riposty i „pikantny” język to zdecydowanie mocne atrybuty filmu. Piosenka tytułowa „Apologize” odzwierciedla historię bohaterów i stanowi tło dzieła. Reżyser używa retrospekcji. Bohaterowie wspominają czasy dzieciństwa i to, że nigdy się nie lubili. Przeważają odcienie żółtego, kolory są „wyblakłe. Cały film jest również utrzymany w tej tonacji. Mamy wrażenie jakbyśmy oglądali zdjęcia ze starego albumu. Jest to nawiązanie do tego jak zmienił się ich stosunek do siebie.

Los ma w zanadrzu wiele niespodzianek. Może kolega, który w podstawówce ciągnął Cię za włosy lub koleżanka, która przykleiła Ci gumę do krzesła niespodziewanie zapuka i do Twoich drzwi.

Miłość może być wieczna?

‘Remember me’ – ‘Twój na zawsze’. Jedno z wielu nietrafionych tłumaczeń tytułów filmowych tutaj szczególnie zwraca moją uwagę. Chyba ktoś nie zrozumiał przesłania… Niby typowa miłosna historia – spotyka się dwójka młodych ludzi. Studentka Ally, która nie imprezuje, nie jeździ metrem i nie zaczyna posiłku od dania głównego – bo co, jeśli nie dożyje deseru? Tyler – zbuntowany chłopak, który w zawalonym pustymi butelkami po piwie i śmierdzącym dymem papierosowym mieszkaniu wciąż rozpamiętuje samobójstwo brata i opiekuje się młodszą siostrą. Nie jest to jednak typowa miłosna historia. Pogmatwane życie głównych bohaterów, w którym na każdym kroku pojawia się stwierdzenie ‘remember me’ – pamiętajmy o tych, którzy odeszli. Wszyscy, którzy obejrzeli ten film ze względu na Roberta Pattinsona na pewno się nie rozczarowali. Zbuntowany wampir ze „Zmierzchu” i życie pod znakiem śmierci brata, która zniszczyła jego rodzinę tworzy kreację, dzięki której być może zacznie być postrzegany jako poważny aktor, a nie tylko jako idol nastolatek. I pytanie, które pojawia się po zakończeniu, którego zapewne nikt się nie spodziewał: Jak wiele historii zakończyło się 11 września 2001 roku?

sobota, 7 maja 2011

Miłość ponad wszystko

Jestem Sam” to wzruszająca opowieść o niepełnosprawnym mężczyźnie samotnie wychowującym córeczkę. W czasie gdy jego dziecko dorasta oboje poznają świat, który pokazany jest z dwóch perspektyw: upośledzonego umysłowo człowieka oraz dorastającego dziecka. Lucy zostaje odebrana ojcu przez opiekę społeczną. Wykazuje on silną wolę walki, nie poddaje się i postanawia zrobić wszystko, by odzyskać swoją ukochaną córkę. Bardzo ważna rolę odgrywają tu kolory. Odcienie szarości i granatu oznaczają smutek, rozpacz i niepewność szczególnie w scenach odgrywanych w sądzie. Rozmowy Sam' a i jego niepełnosprawnych przyjaciół są nacechowane bardzo emocjonalnie. Pojmują oni świat bardzo dziecinnie. Dyskusje zawierają elementy humorystyczne, jednak mieszczą w sobie również pewną dramaturgię. Widzimy jak bardzo zżyci są ze sobą przyjaciele i że niezależnie od sytuacji są dla niego ostoją. Zapewne każdy z nas życzyłby sobie tak oddanych przyjaciół. Na zasadzie kontrastu ukazane jest życie Dawsona i jego prawniczki. Ona: zabiegana, nie ma na nic czasu, zaniedbuje syna. On: pomimo swojej pracy całkowicie oddany Lucy.

Kobieta i widzowie mogą dużo nauczyć się od głównego bohatera. Miłość do drugiego człowieka, oddanie i poświęcenie to ważne wartości w życiu. Powinniśmy o nich pamiętać, tym bardziej w dzisiejszych czasach, gdzie często zapominamy, że jesteśmy potrzebni drugiej osobie.

Czekając na złe zakończenie

Człowiek sięgający dna. Nie potrafiący sklecić zdania pisarz z kontraktem na książkę. Mieszka w obskurnym mieszkaniu, wśród brudnych talerzy i resztek jedzenia. Utrata ukochanej nie polepsza sytuacji. Przypadkowe spotkanie staje się  trampoliną do nowego, fascynującego życia. Jedna, przezroczysta tabletka sprawia, że Eddie Morra może wszystko. Potrafi wykorzystać potencjał swojego mózgu w stu procentach, podczas gdy inni robią to tylko w dwudziestu. Nagle staje się ekspertem w każdej dziedzinie, pomnaża kapitał w zawrotnym tempie, zabiegają o niego pracodawcy, zdobywa nowych przyjaciół i nowe kobiety. Tylko czy jest to zabawa bez konsekwencji?
Wszystko idzie dobrze dopóki nie zaczynają się zaniki pamięci, zawroty głowy i wymioty. Stany te zostały ukazane poprzez ruch kamery, która np. mknie przez miasto, „przechodzi” przez szyby taksówek i powoduje u samego widza chęć na zwrócenie przed chwilą zjedzonego popcornu. Kiedy bohater dowiaduje się, że większość ludzi zażywających lek albo nie żyje, albo jest bliska śmierci, jest przerażony. Jednak nowe życie jest zbyt kuszące by przestać. Wkrótce Eddie zaczyna panować nad wytwarzaniem i działaniem leku, co  zwiększa jego wydajność i pomaga w karierze. Igraszki z ogniem, zakończone sukcesem.
Pierwszy raz zdarzyło mi się w kinie coś takiego. Czekanie na najgorsze zakończenie. Taki ludzki odruch, przecież nie może być aż tak pięknie, tak bez konsekwencji! Żadnego wyciągania wniosków, pouczającego prztyczka w nos, głębszego przesłania.  A może jest? Bierzcie narkotyki, bo są fajne!
Jeśli szukasz tematu do głębszej refleksji nad życiem: nie polecam. Jeśli natomiast chcesz spędzić całkiem interesujące, choć czasem wymiotogenne chwile w kinie, to koniecznie wybierz się na „Jestem Bogiem” Neila Burgera.